POWRÓT




Puławy, dnia 28 czerwca 2005 roku

Marek Papużyński
ur. 30-09-1938r.

Moja biografia

Urodziłem się wprawdzie w Łomży, ale całe dzieciństwo i okres szkolny spędziłem w Chełmie. Maturę zdałem w maju 1955r. W tym roku podjąłem studia na Wydziale Łączności Politechniki Warszawskiej. Okazało się jednak, że to nie było to. W rezultacie ukończyłem Wydział Elektryczny Politechniki Szczecińskiej - specjalność: automatyka przemysłowa. I to już było To. Pisząc swoją biografię uważam, że największy wpływ na moje upodobania naukowo - zawodowe wywarł profesor Jan Słomiński, absolwent naszego Liceum, kolega szkolny mojego Taty. W czasie moich studiów był profesorem podstaw elektrotechniki, a wcześniej dziekanem W.E. Miałem nawet zaszczyt mieszkać u niego w domu przez kilka miesięcy zanim przeniosłem się do domu akademickiego. On zaraził mnie entuzjazmem do pracy projektowej i montażowej. On uczył mnie jak wykorzystać swoją wiedzę naukową do życia praktycznego.

Pamiętam do dzisiaj incydent, który na całe życie ukształtował moje życie. Od małego bardzo lubiłem majsterkować przy instalacjach elektrycznych. Sam wykonałem instalację oświetlenia klatki schodowej w domu, byłem z tego powodu bardzo dumny. A Pan Profesor zamiast mnie pochwalić, czego oczywiście oczekiwałem, skrytykował mnie za niechlujne wykonanie. Otrzeźwienie było bolesne, ale zapamiętane na zawsze.

Po dyplomie rozpocząłem pracę w Elektromontażu Szczecińskim. (Firma była założona w latach 50 tych przez prof. Słomińskiego). Nie pracowałem długo, ale te pierwsze chwile pracy zawodowej dały ogromną praktykę współpracy zespołowej, którą to wykorzystywałem w dalszej karierze zawodowej. Do dzisiaj Szczecin kojarzy mi się jak najlepiej. Tam poznałem swoją żonę.

W roku 1965 przenieśliśmy się do Puław, na budowę Zakładów Azotowych. I do dzisiaj tu mieszkamy. Byłem przez lata inspektorem nadzoru robót montażowych branży pomiarowej. W owym czasie automatyka instalacji chemicznej była na bardzo wysokim poziomie. I taka zresztą pozostała do dzisiaj. Oczywiście nie ta stara, tylko mocno zmodernizowana. Głównie jest zainstalowane sterowanie komputerowe. Nie było instalacji w Zakładach, do której nie przyłożyłem swojej ręki. Później przeszedłem na wyższy stopień wtajemniczenia. Zostałem projektantem. Z czystym sumieniem mogę zaświadczyć, że była to największa satysfakcja inżynierska. Na moich oczach, z mojego projektu powstawała i działała instalacja chemiczna. To jest prawie tak samo jak duma ze swoich dzieci. Odkryłem także w sobie żyłkę pedagogiczną. Nie było to trudne, bo Tata też zajmował się kształceniem młodzieży, a i żona była nauczycielką.

Odkryłem także żyłkę działacza, czy raczej organizatora, życia społecznego. Nigdy nie zajmowałem się polityczną działalnością. Poświęcałem się działalności związkowej w pracy, działalności w samorządzie mieszkańców i działalności pedagogicznej.

Mam też ogromną satysfakcję, bo po latach organizacji życia mieszkańców poprzez udział w różnego rodzajach samorządach spółdzielczych i miejskich stwierdzam, że naprawdę wszystko od nas zależy. Niewątpliwie bardzo się przydaje wiedza o organizacji pracy. Musiałem tę wiedzę zdobywać na sobie samym, bo w latach szkoły i studiów nawet nie było takiego naukowego terminu. Ta wiedza jednakowo przyczyniła się do sukcesów w pracy zawodowej jak i społecznej. Pracować trzeba uczciwie i z zaangażowaniem oraz nie dać się zniechęcić. Po latach sukcesy przyjdą same.

Tak jak wspominam prof. Słomińskiego, tak trzeba wspomnieć, że podstawy moich zainteresowań otrzymałem od nauczycieli licealnych: Pani Migielskiej (matematyka), Pani Stanisławskiej (fizyka) i Pani Książkówny (jęz. polski). Do dzisiaj też wspominam z wielkim szacunkiem Pana Kińczyka (łacina), mimo, że był straszliwym tyranem. Nie mniej jego nauki o zasadach starożytnego Rzymu przydają się do dzisiaj. Jak na przykład: Dura lex, sed lex.

Ktokolwiek będzie czytać moje słowa, niech wierzy: żeby być dobrym inżynierem, czy lekarzem trzeba być humanistą. Inaczej absolutnie nie da się zrozumieć istoty służenia społeczeństwu swoją wiedzą i doświadczeniem. Cokolwiek robimy musimy pamiętać, że zawsze na końcu każdego łańcucha zdarzeń stoi człowiek. I on jest najważniejszy. To dla niego wszystko robimy. Może ten człowiek to żona, dziecko, pacjent, klient adwokata. Zawsze jest tak samo. Zasady są proste i uniwersalne. Zasady Boskie, czy przyrody jak chcą inni, obowiązują wszędzie tak samo. Czy to w instalacji chemicznej, czy to w organizmie człowieka. To co napisałem brzmi obrzydliwie banalnie, ale tak naprawdę jest. Sam, na własnej skórze o tym się przekonałem, że dawanie jest dużo bardziej atrakcyjne jak branie.

Piszę ten tekst z okazji zjazdu absolwentów Liceum. Dla mnie jest to okrągła 50 letnia rocznica matury. To było tak niedawno, a dzisiaj mam dorosłe dzieci i wnuki.

Syn też jest inżynierem. Synowa - farmaceutką, tak jak mój Dziadek, Tata i Siostra. Córka pracuje w Londynie w firmie zajmującą się rewitalizacją domów mieszkalnych, jako menager.

Na zakończenie krótki "smrodek dydaktyczny", który jak sadzę przystoi seniorowi.

Rodzicom i szkole zawdzięczam swoją pozycję społeczną. Znaczącej pozycji nie da się zdobyć przez narzekanie i oczekiwanie, że ktoś nam ją da. Trzeba ją zdobyć uczciwą i ciężką pracą. Zachęcam wszystkich do pogłębiania swojej wiedzy fachowej, kultury i poczucia humoru.

Jak robić to pierwsze i drugie to wiem, ale poczucie humoru przychodzi chyba samo. Z wiedzy i pod wpływem otoczenia.

Marek Papużyński

POWRÓT