POWRÓT




Jan Szczęsny

(1910 - 1976)


Portret

Urodzony w Chełmie, zmarły przed kilkunastu laty, wydaje się być osobą jakby bardzo odległą w czasie. A przecież żyją jeszcze jego rówieśnicy i koledzy z Gimnazjum im. Stefana Czarnieckiego, ci, którzy odważnie przekroczyli 80-kę i są świadkami osób i wydarzeń przełomu lat dwudziestych i trzydziestych do momentu wybuchu II wojny, w której chaosie pogrążyli się ludzie, ich sylwetki i losy. Tak więc i losy Jana Szczęsnego nie wszystkim są znane.

Pochodził ze środowiska zubożałego ziemiaństwa, właścicieli niewielkiego mająteczka pod Chełmem. Wczesna śmierć ojca, pogarszające się warunki bytowe, konieczność kształcenia trzech synów, słabe zdrowie matki - wszystko to spowodowało, że nad wczesną młodością Jana zaciążyły okoliczności, które nie pozostały bez wpływu na całokształt jego usposobienia i charakteru. Już w wieku 15-tu lat cechowała go nadmierna powaga, skłonność do gorzkich refleksji. Obca mu była hałaśliwa, a przecież naturalna wesołość kolegów, na którą reagował jakby wyrozumiałym pół-uśmiechem.

I już w tym wieku czuł się odpowiedzialny za przyszłe losy Polski i miał zakorzenioną w sercu religijność, szczególnie kult Matki Bożej. Ta jego maryjność wyraziła się dalszych latach w swoisty sposób.

Odznaczał się nieprzeciętnymi zdolnościami matematycznymi - późniejszy autor podręcznika matematycznego dla geodetów, późniejszy wykładowca na katedrze matematyki wyższej uczelni warszawskiej.

Zanim to się stanie - po złożeniu egzaminu dojrzałości w Chełmie wyruszył z pustą kieszenią do Warszawy, gdzie zapisał się na wydział rolniczy SGGW z zamiarem późniejszego gospodarowania na własnym kawałku ziemi. Ówczesna studencka bieda była przysłowiowa, bo autentyczna. Jan utrzymywał się z korepetycji, jadł skąpo, spał, gdzie się dało, najczęściej przygodnie. Lecz trwał.

Wtedy właśnie wszedł w krąg warszawskiej młodzieży akademickiej, której patronowali dwaj kolejni wspaniali rektorzy kościoła akademickiego św. Anny: ks. Edward Szwejnic i ks. Edward Detkans.

Pierwszy z nich stał się założycielem organizacji tej młodzieży o nazwie "Juventus Christiana", drugi kontynuował to dzieło. "Juventusiacy", jako religijna organizacja młodzieży akademickiej i głęboko patriotyczna, rośli w liczbę ilościowo i jakościowo, a pośród nich zaczął się wybijać Jan Szczęsny, który znalazł to, czego podświadomie szukał. Ideą, ożywiającą młodzież, była koncepcja złożenia Jasnogórskich Ślubowań w Częstochowie, jak gdyby uzupełnienia i zrealizowania tychże, złożonych przed trzema wiekami przez króla Jana Kazimierza we Lwowie.

Powstało kilka komitetów Ślubowań Jasnogórskich; Jan był początkowo przewodniczącym jednego z nich, wkrótce stanął na czele Komitetu Centralnego. Nawiązał kontakty z innymi miastami akademickimi w Polsce; ułożono tekst Ślubowań, wybito pamiątkowy ryngraf. W r. 1936 odbyła się ogólna pielgrzymka młodzieży akademickiej do Częstochowy, gdzie na wałach zostały odnowione Ślubowania.

A bliski był już czas, który miał poddać ciężkiej próbie tę wspaniałą młodzież. Jan kończy studia i po zawarciu małżeństwa z koleżanką ze studiów wraca do Chełma i zaczyna się krzątać wokół gospodarki. Wybuch wojny niweczy plan spokojnej pracy tym bardziej, że Jan włączył się w działalność konspiracyjną. Zaczęło się życie pełne zagrożenia i niepokoju, a jednocześnie dziwnych sytuacji, z których jedną, lecz nie jedyną, była rewizja w domu Jana podczas jego nieobecności, lecz w obecności żony, gdy Niemcy w drobiazgowym poszukiwaniu broni "przeoczyli" na pół otwartą szufladę biurka, gdzie właśnie leżał pistolet. Jan ocalony, lecz konspirując nadal, musi pracować, gdyż rodzina się powiększa.

W r. 1943 do Chełma przybył pociąg wiozący ze Wschodu transport dzieci polskich, osieroconych po dokonanych tam rzeziach. Jan przyprowadził do domu dwie sierotki, siostry w wieku 6 i 8 lat. Zostały wcielone do rodziny własnej (potem adoptowane i przysposobione do życia).

W r. 1944 Jan wpadł w ręce Niemców i został uwięziony w chełmskim więzieniu. Tam poddawano go torturom tak ciężkim, że lękając się, by nikogo nie wydać, Jan poprosił o truciznę ówczesnego lekarza więziennego, dra Sokołowskiego. Po otrzymaniu jej zaczął przeżywać jeszcze większą rozterkę, świadomy, czym jest samobójstwo. Cela, w której przebywał, zamieniła się w miejsce modlitwy, gdzie wszyscy szukali siły w modlitwie różańcowej. Ci, co byli na wolności, czynili to samo. Jan zniszczył truciznę.

W wyniku rozprawy Jan otrzymał wyrok śmierci. Był to czas, gdy Niemcom już palił się grunt pod nogami. Wywieźli więźniów do Lublina na Zamek. Był lipiec. Połączone wojska polsko-radzieckie zbliżały się szybko. W dniu 22 lipca Niemcy na Zamku rozpoczęli masowy mord więźniów. Jan przebywał w ostatnie celi, przygotowany wraz z towarzyszami na nieuchronną śmierć. Słyszano, jak Niemcy posuwali się korytarzem i w każdej celi siali kulami. Stanąwszy przed ostatnią celą, usłyszeli strzały żołnierzy radzieckich i pierzchnęli. Wyprowadzeni z celi ostatni więźniowie ślizgali się w ludzkiej krwi.

Rozpoczął się nowy rozdział w życiu Jana. W "wyzwolonej" części Polski zaczął się inny reżim. Jan, ojciec już kilkorga dzieci (razem z adaptowanymi - ośmiorga) pracuje w wielu miejscach, wykonując różne rodzaje prac. I kolejno jest zwalniany za tego rodzaju przestępstwa, jak przechowywanie krzyży zdjętych ze ścian, udział w publicznym powitaniu Prymasa Tysiąclecia, angażowanie się w działaniu na rzecz Kościoła. Zostaje też usunięty z uczelni, mimo iż cieszył się wielkim uznaniem i nadal praktykował bezinteresowną pomoc w nauce, a nawet finansową, niesioną uboższej młodzieży. Udręczony szykanami, lecz nieustępliwy, poddał się tylko chorobie nerek i w jej następstwie - uremii.

Zmarł w najgorszym pod względem warunków szpitalu w Warszawie. Pochowany został w miejscowości podwarszawskiej, Podkowie Leśnej. Dał pełne świadectwo o sobie i o sprawach, którym służył.


Lata szkolne


Jan był drugim z kolei spośród trzech synów małżonków Szczęsnych, ludzi, którzy zawarli małżeństwo w wieku lat już dojrzałych. Ojciec zmarł wcześnie. Wychowaniem chłopców zajmowała się ich ciotka, siostra Ojca, osoba o wielu zaletach charakteru. Chłopcy więc odznaczali się dobrym ułożeniem, rzadko spotykaną grzecznością i usłużnością, a w tych zaletach Jan przodował.

Zewnętrznie prezentowali się dobrze, zawsze w starannie utrzymanych mundurkach szkolnych. Jan miał umysł ścisły, był urodzonym matematykiem, co zadecydowało o kierunku jego studiów, zainteresowaniach, późniejszej pracy oraz drodze życiowej. On też był spośród braci najbardziej aktywny i uspołeczniony. Młodego Jana Szczęsnego, w szkole bardzo popularnego Jasia, od wczesnych lat cechowała głęboka religijność, żarliwy patriotyzm i silna rodzinna więź uczuciowa, przywiązanie do miejsca urodzenia, nawet domu, w którym przyszedł na świat.

Ogólnie jednak biorąc, osobowość tę kształtowały nie tylko jego cechy wrodzone, lecz przede wszystkim warunki życiowe, raczej trudne, a także w bardzo silnym stopniu wydarzenia historyczne i polityczne, które przypadły na lata wczesnego dzieciństwa i wczesną młodość, tak bardzo podatną na żywy odbiór i reakcje. Lata I wojny światowej i pierwsze po odzyskaniu niepodległości Polski były dla niego szkołą patriotyzmu. Religijność wyniósł z domu, a pogłębił w latach szkolnych i późniejszych.

Jako prawdziwy praktykujący katolik odznaczał się wysokim morale, autentyczną uczciwością i czystością w dziedzinie erotycznej. A pokus nie brakło. Jaś był ulubieńcem wielu koleżanek (szkoła była koedukacyjna), które darzyły go jawną lub ukrywaną sympatią, a niekiedy uczuciem głębszym dla jego osobistego uroku, jakim była uroda tego chłopca i bardzo przyjazny stosunek koleżeński, wyrażający się w gotowości do pomocy i to bezinteresownej. Gdy więc podczas pauz szkolnych przechadzał się po korytarzu, biegły za nim spojrzenia dziewczęce i ich gorące westchnienia. A Jaś bardzo mile się uśmiechał... niezobowiązująco.

Przyjaźnie nawiązywał chętnie, a jako przyjaciel był bezwzględnie wierny. I to cechowało każde jego głębsze zaangażowanie uczuciowe.

Zdarzył się w jego latach szkolnych przypadek, dziś powiedzieć by można - bez precedensu, który rzuca światło na jego niezwykłe wprost poczucie solidarności i gotowości do osobistych wyrzeczeń. Gdy mianowicie bardzo mu bliski, starszy brat Stefek musiał repetować klasę przedmaturalną - Jaś zrezygnował z otrzymanej własnej promocji i zgodził się powtarzać tę samą klasę, aby umniejszyć przykrość nie promowanego brata. Jaś był człowiekiem idei, które wraz z nim wrosły w jego serce i duszę, a jak dalsze lata wykazywały, stały się w nim siłą życiową, która towarzyszyła mu do ostatnich jego dni.

Zofia Książek


Teksty te ukazały się w "Pro Patrii" w 1994 r.



POWRÓT