POWRÓT




Izabela Maria Czyżewska-Michalska

Urodziłam się 29 III 1937r. w Lublinie. Rodzicami moimi byli Jadwiga z Koczynaszów i Roman Czyżewscy. Ojciec - administrator dóbr i dzierżawca lasów - zginął na lubelskim Zamku w 1942r. Matka - po wojnie nauczycielka szkół rolniczych - zmarła nagle w 1954r. Mam siostrę, z zawodu technik ogrodnik, mieszkającą w Lublinie. Wyszłam za mąż za Lucjana Michalskiego. Mam córkę, która jest artystą plastykiem i syna - technika przetwórstwa owoców i warzyw. W latach 1957-1987 pracowałam jako nauczycielka matematyki w szkołach podstawowych w Rudzie, pow. chełmski i w Chełmie. Otrzymałam Medal Komisji Edukacji Narodowej, Złoty Krzyż "Zasłużony dla ZHP", Złoty Krzyż Zasługi i Kawalerski Krzyż Orderu Polonia Restituta.

Moje związki z I LO w Chełmie opiszę wychodząc z daty 31 marca 1954r., kiedy to moja matka "za pochodzenie" zostaje wyrzucona z pracy w Państwowym Technikum Rolniczym w Kijanach, pow. lubartowski.

Ja jestem wtedy w X-tej klasie chełmskiego I LO. Siostra moja Barbara 1,5 roku starsza jest w Warszawie na I roku Wydziału Rolnictwa SGGW. Szóstego lipca Matka zostaje wymeldowana z mieszkania w szkole do nikąd. Nie mając co z sobą zrobić przyjeżdża do swojej starszej siostry Stanisławy, która jest nauczycielką Szkoły Podstawowej w Kuliku i po miesiącu dostaje pierwszego zawału na naszych oczach, wieczorem. Na drugi dzień, choć Mama była przytomna, bałam się do niej podejść. Z kolegą Ryśkiem Żukowskim z Technikum Mechanicznego przywozimy księdza, a potem Mamę do szpitala i do Lublina. W grudniu młodsza siostra Mamy Janina z Lublina dzwoni do I LO, żebym pojechała do Kulika, bo Mama dostaje przepustkę na święta i zostanie przewieziona do szpitala w Siedliszczu, a dalej (8 km) sami zabierzemy ją furmanką. Jadę wieczornym autobusem do Siedliszcza i po nocy maszeruję środkiem drogi, bo się boję. Idę przez Janowicę, piaski (gdzie byli pomordowani ludzie), Dobromyśl, las kulicki i Kulik (gdzie psy mnie znają). Był to mokry grudzień - z błota ciężko wyciągnąć nogi, ale po piasku idzie się dobrze. Na drugi dzień przyjeżdżamy z Ciocią Stasią do szpitala. Nikt nic nie wie. Idziemy na pocztę dzwonić do szpitala w Lublinie. Na poczcie czeka nas wiadomość o treści: "Przyjeżdżam wieczornym autobusem. Oczekujcie. Trzeba umówić się w sprawie pogrzebu."

Tak dowiedziałam się o śmierci Matki. Jest 17 grudnia 1954r. Lublin. Popołudnie. Z ulicy Staszica wychodzi pogrzeb. Idzie Krakowskim Przedmieściem na Lipową. Deszcz ze śniegiem lekko pada, a raczej siąpi - ziąb przejmujący. W tej scenerii idzie kondukt żałobny - najtańszy karawan, sosnowa trumna, w sukience po siostrze z dorobioną z tiulu koronką przez koleżankę z pracy jeszcze z Sielca, w trumniakach na nogach (takie buty z tektury) leży 42-letnia kobieta Jadwiga Czyżewska z domu Poczynasz - wdowa po Romanie Czyżewskim zabitym przez Niemców na Zamku w Lublinie 11 czerwca 1942r., bezdomna i bezrobotna - wykształcona nauczycielka. Przyjeżdżam wieczorem do Chełma. Mieszkałam wtedy z Jaśką Litwińczukówną i Jadwigą Rejmakówną u Guttów. Wchodzę do mieszkania i dziewczynki zamierają, bo widzą czarną opaskę na ramieniu (wyjeżdżałam rozradowana, że spotkam się z Mamą), a ja wybucham długim nieutulonym płaczem.

Piszę o tym, bo dziś, gdy się mówi tyle o bezrobotnych (część pracuje na czarno) jeszcze bardziej boli fakt, że kryterium przydatności do pracy było kiedyś inne. Nie przychodziłam nigdy na Zjazdy Czarniecczyków, bo lata w Liceum były dla mnie duchowo i życiowo ciężkie. Śmierć Matki zaważyła na tym, że ja zbuntowałam się przeciwko Bogu i ludziom. Bogu, bo przestałam chodzić do Kościoła i podpisałam listę by nie było religii w szkole. Ludziom, bo krzyczałam do Cioci "Gdzie jest Twój Bóg?", bo zaczęłam się wałęsać, palić papierosy, mieć wszystko w nosie. Tak naprawdę nie umiałam sobie poradzić z sytuacją. Nie było wtedy nikogo w szkole, na stancji, w środowisku, w Kościele, kto by chciał i umiał mi pomóc. Była tylko Ciocia Stacha - starsza siostra Matki i moja chrzestna Matka, która mnie nie opuściła pomimo, że stałam się krnąbrna, zbuntowana cyniczna. Zaczęłam używać słownictwa wulgarnego i gdy w domu krzyczę "gówno mnie to obchodzi", Ciocia mówi "bój się Boga, jak Ty się wyrażasz" i tyle. Twardo stoi przy tym, że muszę ukończyć szkołę, ale pensja nauczycielki jest niska, więc na jeden rok pójdę do Domu Dziecka w Chełmie. Wszystko załatwione. Koniec sierpnia. Mam już dokumenty. Jesteśmy w Gmachu i tam w biurze wybucham płaczem. Ciocia wstaje, obejmuje mnie ramieniem i mówi: "Chodź Dzidzia. Jakoś sobie poradzimy." Jedziemy do domu Cioci do Kulika i idziemy do krawcowej, która z Cioci jesionki szyje mi kurtkę i daje swoje pantofle, choć trochę przyciasne, ale są skórkowe i się rozejdą. W ten sposób dochodzę do upragnionej przeze mnie i Ciocię matury. Jest ósma dwadzieścia wieczorem, gdy jako przedostatnia wchodzę na salę maturalną. Zdałam. Wychodzę bardzo szczęśliwa, ale swoim szczęściem nie mam się z kim podzielić. Lecę do Kryśki Grzeszczukówny, z którą siedziałam w IX klasie. Wchodzę, opowiadam i widzę minę Jej Mamy. Rozumiem jaką gafę popełniłam - Kryśka rzuciła szkołę wcześniej i nie zdała matury.

Proszę zrozumieć, że wspomnienia związane z okresem pobytu w I LO są dla mnie bardzo przygnębiające. Lecz żeby nie było bardzo pesymistycznie przejdę do 1 listopada 1991r. Jestem jak co roku na Wszystkich Świętych na grobie Matki na ul. Lipowej w Lublinie. W przeddzień w telewizji wypowiadała się o swoim życiu p. Wolska z Warszawy. Staję nad grobem i mówię w myślach: "Matko, moja Matko! Co z życia użyłaś? Co z tego, że byłaś ziemianką?" Nic, ani przed wojną, bo majątek był w rękach państwa zabrany po Powstaniu w 1830r. pradziadowi, ani po wojnie gdy było tylko wytykanie. Ja wołałam powiedzieć koleżankom, że "Ojciec się w maślance utopił" (choć znaczyło to, że byłam bękartem) niż przyznać się do Ojca- ziemianina. Wróciłam do domu z cmentarza i zabrałam się do swojego rodowodu i poszukiwań rodziny Ojca. Dziś jest w Chełmie Koło Rodzinne mego Rodu...

Dziękuję za wieczór spędzony wspólnie i te chwile razem przeżyte podczas VIII Zjazdu Czarniecczyków. Wylałam swoje szkolne żale, bo siedzi to we mnie tyle lat...

Jeszcze jedno wspomnienie o prof. Michale Kińczyku: Byłam już w XI klasie, gdy prof. Kińczyk objął nasza klasę po prof. Ginalskiej i po pierwszej lekcji kazał nam przygotować "Powstanie Rzymu" po łacinie. Ja byłam w ogóle słaba z języków i z łaciny też. Chłopcy, których uczył wcześniej straszyli nas Profesorem. Jest następna lekcja. Profesor wyczytuje - Izabela Czyżewska. Wstaję wyprostowana jak struna, bez skrzypu krzesła. Klasa znając moje zdolności zaczyna się dyskretnie śmiać. Zaczynam mówić. Robi się przeraźliwa cisza, klasa zamiera. Ja stoję i recytuję, bez pomyłek, zająknięć i poprawek. Skończyłam. Profesor ze swoim tikiem pomruczał "Tak, tak..." i ogłasza "Piątka!" Była to jedyna piątka z języka w moim życiu. A z łaciny były później trzy dwóje i trójka na świadectwie maturalnym. Ale był to najpiękniejszy dzień w moim życiu po śmierci Mamy.


POWRÓT